Harry Potter i niebezpieczny wirus

Harry Potter i niebezpieczny wirus


To już ostatnie nagrodzone w naszym konkursie prace. A oto pierwsze miejsce w kategorii prac literackich indywidualnych. Harry i pozostali uczniowie wracają do Londynu, a tam….

 

Harry Potter właśnie wracał z Hogwartu. Był piękny, słoneczny i bezchmurny dzień czerwca.
– Będę za Wami tęsknił… – powiedział Potter, z wyraźnym niezadowoleniem
– To tylko dwa miesiące – rzekł Ron – Nawet się nie obejrzysz i znów będziesz w Hogwarcie.
– Łatwo Ci mówić! Ja muszę wracać do okropnych Dursley’ów.
– Współczuję Ci Harry – wyznała Hermiona i uściskała obu przyjaciół. – Zaraz wysiadamy.
Po kilkunastu minutach już znajdowali się na dworcu. Z okien pociągu było widać tłumy czarodziejów i mugoli, czekających na swoje pociechy. Wszyscy cieszyli się, że zobaczą swoich rodziców. Tylko Harry był niezbyt zadowolony. Przyjaciele zabrali swoje bagaże i wysiedli. Później żegnali się, obiecywali pisać do siebie przynajmniej raz w tygodniu, a mama Rona, pani Molly Weasley pytała ciągle Harry’ego czy nie zagości u nich w domu. Odmawiał, bo wiedział, że będzie miał niezłe kłopoty jak się zgodzi.
– Bardzo bym chciał, ale nie mogę.
– No dobrze kochaneczku, w takim razie do zobaczenia. Pamiętaj, zawsze jesteś mile widziany w naszym skromnym domu.
Wtedy wszyscy weszli w portal w ścianie i pojawili się na peronie dziewiątym. Harry nie widział już ani Weasley’ów ani Granger’ów. Prawdopodobnie zniknęli we mgle lub w tłumie mugoli. Lecz nie na to Potter w pierwszej kolejności zwrócił uwagę. Zauważył, że każdy z mieszkańców Londynu, co do jednego, miał na twarzy maseczkę. Chłopiec zaczął się zastanawiać czy nie majaczy, albo czy to nie jest jakiś głupi żart pożegnalny Freda i Georga. Niestety, to nie był ani żart, ani też nie były to halucynacje. To wszystko działo się naprawdę. Podszedł do wuja, który czekał na niego w swoim aucie i zapytał, co się tutaj dzieje.
– No, no, no. Dawno Cię tu nie było. Radzę Ci szybko założyć maseczkę, bo nie mam ochoty płacić 500 funtów. Rozpętała się pandemia wirusa. Wsiadaj, bo nie będę czekał wiecznie.
Potter był zaskoczony. Odpowiedź wuja prawie nic mu nie dała, bo miał jeszcze milion pytań. Jaki to wirus? Czy jest niebezpieczny? Kiedy, co i jak? Ale przez całą drogę powrotną nic nie mówił. Dziwił się też, dlaczego w świecie czarodziei nic o tym nie mówią. Może mają lekarstwo? Kiedy tak głowił się nad tym wszystkim, nie zauważył, że już dojechali. Gdy wysiedli z auta i zapukali, drzwi otworzyła im ciotka Dursley. W dłoniach trzymała dozownik z przeźroczystym płynem. Natychmiast, gdy przekroczyli próg domu, ciotka wypsikała ich całych tą dziwną substancją. Vernon nic sobie z tego nie robił, jakby był przyzwyczajony. Natomiast Harry kaszlał, kichał i dusił się oparami płynu. Gdy wszystko się zakończyło, nie odezwali się nawet jednym słowem i wskazali Potter’owi palcem drzwi do łazienki.
– Masz dokładnie myć ręce – powiedziała ciotka Petunia. – Nie chcemy się zarazić jakimś świństwem od ciebie.
Kiedyś nie pozwalali mu myć rąk. „Stracisz za dużo wody! Wiesz, ile to kosztuje?”. A teraz? Wręcz naciskali na niego. Wszystko to wydawało się Harry’emu bardzo dziwne. Trochę się niepokoił, bo tak naprawdę nikt mu nic o tym nie powiedział. Sam musiał się dowiedzieć. Gdy tylko rozpakował swoje rzeczy w pokoju, zabrał się za pisanie listu do Hermiony. Sądził, że ona może coś wiedzieć o tym tajemniczym wydarzeniu. W końcu jest z rodziny mugoli. Dał swojej sowie, Hedwidze, trochę smoczych oczu i podsunął do dziubka list. Zwinnie wyleciała przez okno i już po kilku minutach nie było jej widać w majaczącej mgle. Harry usiadł na łóżku, by trochę odpocząć i pomyśleć nad tym wszystkim. Wszystkie teorie i refleksje przerwał mu Dudley. Tłusty, przemądrzały Dudley.
– I co Potter? Ha! Wreszcie będziesz uziemiony, jeżeli nie przez rodziców, to przez policję. Jest kwarantanna! Już dawno nie miałem okazji Cię skopać…
– Przestań Dudley. O co chodzi z tym wirusem i jaka kwarantanna? Dlaczego nic nie wiem?
Ale on nic nie odpowiedział. Tylko powoli zbliżał się do Harry’ego, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Później jednak Dudley’a zawołała ciotka Petunia i wyszedł, przewracając oczami. Harry uznał, że zignoruje to zachowanie. Zdarzało się to praktycznie codziennie, gdy był w towarzystwie swojego kuzyna, ale i tak miał go dość. Miał dość całej rodziny Dursley’ów. W przypływie emocji nie zauważył jak już późno. Od razu, gdy się położył, zapadł w głęboki sen. Śniło mu się, że wrócił do Hogwartu, ale było tam jakoś inaczej. Zamiast dekoracji, wszędzie wisiały maseczki. Harry’emu wydawało się to bardzo dziwne. Szedł przez korytarz, kiedy nagle, w jego głębi, zobaczył profesora Dumbledore’a. Na twarzy miał długi szal, szczelnie zasłaniający jego usta i nos. Potter minął go, a potem nie wiadomo, dlaczego, ale skierował się w dół schodów. Tak, jakby chciał iść do gabinetu Snape’a. I rzeczywiście tak było. Gdy Harry uchylił drzwi do pokoju, Snape wymachiwał różdżką na lewo i prawo, nad dziwnym różowym flakonikiem. Potter zauważył podpis na buteleczce “Koronawirus”. Wtedy się obudził. Był przestraszony, jakby przynajmniej śnił mu się koszmar. Wziął łyk wody. Znowu zasnął i już spał spokojnie.
Następnego dnia Harry obudził się bardzo późno. Gdyby nie jego sowa, najpewniej spałby do trzynastej. Sowa zaczęła dziobać go po uszach i twarzy, więc nie miał innego wyboru. Gdy wreszcie wygramolił się z łóżka, ujrzał list na swoim biurku.
– Hermiona odpisała! – wykrzyknął Potter.
Rzucił się na list i zaczął czytać.

„Drogi Harry…
Cieszę się, że już do mnie piszesz. Też nie miałam pojęcia, co tutaj się stało. Rodzice wytłumaczyli mi wszystko wczoraj. Niewiarygodne! Mówili, że pod koniec lutego, gdy my byliśmy w szkole, pojawił się nowy wirus. Nosi nazwę “Koronawirus” i jest bardzo niebezpieczny. Powoduje ostre zapalenie płuc. Nikt nadal nie jest pewien jego pochodzenia. Teraz ludzie noszą maseczki i rękawiczki na dłoniach, by być bezpiecznymi. Odkażają i dokładnie myją ręce. Przerażające jest to, że w ciągu kilku miesięcy, tym wirusem zaraziło się kilka milionów osób! Rodzice mówią, żeby czarodzieje też uważali. Nie mamy, póki co, lekarstwa na tą zarazę, dlatego także jesteśmy zagrożeni. Radzę Ci, na razie nie wychodzić z domu, dopóki się to nie uspokoi, a jak już będziesz musiał to proszę, zadbaj o siebie. Dużo zdrowia życzę! Tylko nie rób nic głupiego. Może wrócimy do Hogwartu jeszcze we wrześniu… Uważaj na siebie, naprawdę!
Hermiona”
– No nie! To już jest koniec – z żalem mówił Harry. – Jak ja tutaj przeżyję dwa miesiące!?
Z bezradności upadł na łóżko. Leżał i leżał, wspominając szczęśliwe chwile spędzone z przyjaciółmi w jego szkole. Później zastanawiał się, jak to wszystko wydarzyło się w tak krótkim czasie. Nie miał pojęcia, że gdy wróci, wszystko diametralnie się zmieni. Po długim myśleniu nad tym całym zamieszaniem, postanowił nie marnować czasu i zabrać się za naukę i inne pożyteczne zajęcia, bo nic lepszego mu nie zostało. Nie miał przyjaciół w świecie mugoli, ani nikogo z kim mógłby porozmawiać. Zdecydował, że najpierw poćwiczy trochę ruchy różdżką i eliksiry. Na początku dobrze mu szło wykonywanie zaklęcia Alohomora, otwierającego drzwi, ale później trochę się pokomplikowało przy zaklęciu Lacarnum Inflamari, zaklęciu podpalającym. Harry chciał zapalić kawałek gazety, a skończyło się na tym, że szafa stojąca w jego pokoju, stanęła w płomieniach i runęła na ziemię, a wszystkie obrazy wiszące na ścianie popękały. Starał się uratować jakoś szafę, ale nic z tego. Gdy tylko próbował ją podnieść, kruszyła się na czarny pyłek. Nawet nie wyobrażacie sobie miny Petunii, gdy to zobaczyła. Za karę nie dostawał kolacji przez dwa tygodnie. Lecz Harry się tym nie przejmował. Raz za wyczarowanie Dudley’owi uszu elfa, dostał szlaban na jedzenie przez tydzień. Więc można by powiedzieć, że to dla niego drobnostka. Najważniejsze, że nie zdołali zabrać mu różdżki i innych czarodziejskich rzeczy. Innym jego ciekawym zajęciem było rysowanie. Rysunki smoków i goblinów wychodziły mu całkiem nieźle, ale gdy próbował je wyciąć, za pomocą różdżki, malowidła niespodziewanie zaczęły się ruszać i mówić, jak istoty żywe, tylko, że z papieru. Smok zniszczył mu zeszyt do obrony przed czarną magią, a goblin powyrywał dwadzieścia parę stron ze starych książek Lockharta. Mówiąc szczerze, książek niezbyt było mu żal. Nienawidził tego nauczyciela. Przez zeszyt jednak strasznie się zdenerwował. Teraz, gdy figurki ujrzały jego gniew, poukrywały się w zakamarkach pokoju. W końcu zdołał je złapać, ale nie miał pojęcia co z nimi zrobić. Uznał, że najlepiej będzie, jak je spali. I tak właśnie minęły mu dwa pierwsze dni kwarantanny. Najbardziej niepokoiło go jednak, że w ciągu tych dwóch dni śnił mu się ten sam sen. Był w Hogwarcie, wszędzie wisiały maseczki, a Snape majstrował coś przy buteleczce z napisem. Za każdym razem budził się przerażony.
Trzeciego dnia od przybycia do domu na Privet Drive na wakacje, Harry postanowił, że napisze jedno z zadanych mu wypracowań z zielarstwa. Miał napisać, do czego są nam potrzebne mandragory i dlaczego powinniśmy je chronić. Wykonał je w zawrotnym tempie, nawet bez pomocy książek, a to dlatego, że miał z nimi do czynienia przez okropną sytuację, a dokładnie przez ogromnego węża, który nawiedzał szkołę. Mandragory leczyły czarodziejów i ludzi pokrzywdzonych przez tę istotę. Wolał już nie myśleć o tej sytuacji, dlatego szybko zwinął pracę w rulon i schował pod swoim łóżkiem. Później dał Hedwidze kawałek chleba, który dostał na śniadanie. Sowa czule dziobnęła go w ucho i wróciła do klatki. Bardzo nudziło mu się u Dursleyów, głównie dlatego, że zakazywali mu czarować (co i tak robił, ale musiał bardzo uważać) i używać czarodziejskich książek (oczywiście ich też używał, ale tylko w nocy lub gdy nie było nikogo). Do tego jeszcze ten wirus. Później Harry zajmował się tylko nauką i wypracowaniami, bo tak naprawdę nie miał za wiele do robienia. Gdy kładł się już do łóżka zastanawiał się, czy znowu będzie miał ten dziwaczny sen. Nie mylił się. Kiedy zasnął znowu to samo. Jednak tym razem ze Snape’em był ktoś jeszcze. Był to sam Voldemord. Oboje rzucali jakieś dziwne zaklęcia i śmiali się złowieszczo. Wtedy Harry obudził się. Miał gęsią skórkę, zaciśnięte zęby i strasznie bolała go głowa. Coś kierowało nim, jakby wewnętrzny głos, by poleciał do Hogwartu. Wahał się, ale tylko przez chwilę. Nałożył maseczkę, do kieszeni schował płyn dezynfekujący, a na dłonie założył rękawiczki. Wyciągnął swoją miotłę z szafy, okrył się peleryną niewidką, otworzył okno i wyleciał jak strzała. Leciał bardzo szybko, dlatego już po dwóch godzinach zdołał ujrzeć wieże szkoły. Swoją miotłę, Nimbusa Dwa Tysiące zostawił niedaleko chatki Hagrida. Najwidoczniej nikogo w niej nie było, bo nie ujrzał w niej żadnego promyczka światła, więc mógł spokojnie iść w stronę zamku. Gdy był już blisko, nagle zwolnił kroku i zaczął chodzić na palcach. Wolał uważać, by znów nie wpakować się w kłopoty. Jednak tutaj czekała pierwsza przeszkoda. Wejścia do zamku broniły duchy, a do tego drzwi był szczelnie zamknięte. Duchy spokojnie rozmawiały.
– Słyszałeś o tym, że Prawie Bezgłowy Nick ma urządzić przyjęcie, z okazji swoich urodzin?
– Na pewno tam się nie zjawię! Słyszałem, że marudzi gorzej niż małe dziecko. Ciągle ubolewa nad tym, że nie może startować w Zawodach Bezgłowych Duchów. “Jeden cal! Jedno ścięgno! Tylko to trzyma mą głowę!” powtarza. Chyba żaden duch tak nie zrzędzi.
– Ja chętnie przyjdę skosztować zgniłych ryb. Uwielbiam je!
Harry był zły, że tak pochopnie oceniają innych. Nick wcale taki nie był. Czasem może narzekał na swoją nieszczęsną głowę, ale poza tym był najlepszy ze wszystkich duchów! Zignorował tę rozmowę. Wiedział, że nie ma zbyt dużo czasu, o szóstej musi być już w drodze powrotnej. Inaczej czeka go uziemienie w komórce pod schodami do końca wakacji. Podczas rozmyślań, zauważył leżący na ziemi wielki granitowy kamień. Wziął go i wycelował w szybę zamku. Jeden z duchów westchnął.
– To na pewno Irytek. Ten poltergeist jest nieznośny! Idę zobaczyć co tam się stało.
„Jeden z głowy” pomyślał Harry.
Drugiego ducha postanowił odgonić, waląc w boczne drzwi, prawie je niszcząc. Drugi duch pomknął szybko zobaczyć, co znowu się stało. Teraz pozostało mu tylko otworzyć drzwi. Przypomniał sobie zaklęcie, które ćwiczył kilka dni temu. Wziął różdżkę z kieszeni i szepnął “Alohomora”. Drzwi szeroko się otworzyły. Potter szybko wszedł do środka, a potem brama zatrzasnęła się. Szedł dokładnie taką drogą jaką widział we śnie. Po chwili zza rogu wyłonił się Dumbledore. Miał na twarzy szal, dokładnie tak jak we śnie Harry’ego. Minął go zwinnie i zszedł na dół schodami. Gdy uchylił drzwi do gabinetu Snape’a myślał, że zemdleje. Rzeczywiście ujrzał Snape’a majstrującego coś nad buteleczką, a obok niego stał sam Voldemort. Ten, którego imienia boją się wszystkie rodziny czarodziejów, był w Hogwarcie i rozmawiał ze Snapem. Harry’emu wrosły nogi w ziemię. Nie mógł się poruszyć. W pewnym momencie Czarny Pan spojrzał prosto na Harry’ego. Natychmiast jego głowę przeszył ból tak silny, że gdyby się nie powstrzymał, upadłby na ziemię. Bał się, że go zobaczyli albo usłyszeli. Przez chwilę wpatrywał się w nich, jakby czegoś wyczekiwał. Jednak żaden z nich Pottera ani nie zauważył ani nie usłyszał, ale wydawało mu się, że Voldemort wyczuwa czyjąś obecność. Później, gdy się skupił, zdołał usłyszeć ich rozmowę.
– Musimy ich zniszczyć – zaczął Voldemort – Zepsuje nam to nasze plany… Musisz się zemścić Snapie. Nie pamiętasz już co się wtedy stało? Pomóż mi w tym… Ja też tego pragnę…
– Ale Panie… – wymamrotał Snape, wyraźnie zniechęcony.
– Nie Snape. Chcę ich wykończyć. Ja wiem, że ty także. Jeżeli się boisz, nie jesteś godny…
– Dobrze Panie, będę robił, co rozkażesz. – odpowiedział pośpiesznie i ukłonił mu się lekko.
– Doskonale. Wiedziałem, że jesteś mi najwierniejszy. Nie pożałujesz…
W tej chwili, chwycił Snape’a za ramię i oboje zniknęli. Harry czuł, że nogi uginają się pod nim. Czuł się nieswojo i był bardzo słaby. Ostatnimi siłami wymknął się z zamku. Usiadł na chwilę na trawie. “Co oni mieli na myśli?”. Nie miał pojęcia. Podejrzewał, że chodzi o coś strasznego. Po krótkim odpoczynku, gdy już trochę oprzytomniał, chciał jak najszybciej dostać się do miotły i odlecieć jeszcze szybciej. Pierwszy raz czuł wstręt do Hogwartu. W drodze powrotnej ciągle o tym myślał. O Voldemorcie i Snapie. Co prawda, nienawidził tego nauczyciela, ale nie sądził, że był by zdolny do kontaktów z samym Czarnym Panem. Według Harry’ego, nie było to takie oczywiste. Widział go tam na własne oczy, ale nie mógł w to uwierzyć. A może po prostu nie chciał w to uwierzyć? Jego rozmyślania przerwał jednak dziwny samochód, który stał przy chatce. Przeraził się, że ktoś go nakrył i wpadnie w kłopoty. Lecz gdy podszedł bliżej okazało się, że to jego przyjaciel Ron. Po prostu miał maseczkę na sobie i trudno było go rozpoznać.
– Harry, co Ty tu u licha robisz?! – wściekle powiedział Ron. – Zobaczyłem Cię przelatującego nad moim domem i od razu wiedziałem, że coś knujesz. Czemu nic mi nie powiedziałeś?!
-Ron, mógłbyś podwieźć mnie do domu? – spytał zmęczony Harry. – Mam Ci coś ważnego do powiedzenia…
Potter spakował swoje rzeczy do bagażnika i wsiadł do samochodu. Opowiedział wszystko Ronowi, oczywiście w bezpiecznym odstępie dwóch metrów.
-Harry… To jest… Straszne! Snape zawsze był czarnym charakterem, ja wiedziałem, że On… z Voldemortem… Co teraz zrobimy?
-Nie wiem, Ron. Mam co do tego bardzo złe przeczucia – zastanowił się chwilę. – A co, jeżeli… A co, jeżeli oni mówili o ludziach? Co, jeśli wirus to ich sprawa?
Przez resztę drogi, otaczała ich głucha, przerażająca cisza. A był to dopiero, początek…

Autor: Hanna Król

Praca nagrodzona w trzeciej edycji konkursu Sposób na pandemię. Bohaterowie literaccy w czasach zarazy

Sponsor nagrody:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *