Joanna Krzyżanek

Autorka wielu książek. Jest miłośniczką liter i gałgankowych gąsek. Pisze opowiastki, rymowanki i listy do przyjaciół. Lubi biegać nad rzeczką, podróżować pociągiem, siedzieć w kawiarence, czytać książki, pić herbatę z różaną konfiturą, podziwiać kolorowe cynie, zbierać kasztany, obserwować krople deszczu spływające po dachówkach i łapać śniegowe płatki.

Pod lupą

Kim jest Joanna Krzyżanek? Trochę Cecylką Knedelek, przygotowującą nie tylko smaczne, ale też piękne dania, posiadającą wielu przyjaciół i zawsze chętną do pomocy. Trochę Lamelią Szczęśliwą – oryginalną nauczycielką, której niestraszne ortograficzne czy gramatyczne wyzwania i na której widok nuda chowa się w kącie. Trochę kurą Adelą, wciąż przebywającą w świecie liter. I trochę Emilianem Aplą, uwielbiającym zapach czekolady, truskawek, cytryn i… opowieści zamieszkujących książki.

Poznajcie ją bliżej!

Biblioteka Inspiracji: Powołała Pani do istnienia niepowtarzalną Cecylkę Knedelek, ale podobno swoje pisarstwo zawdzięcza Pani innej Cecylce. Kim ona była?

Joanna Krzyżanek: Cecylka Knedelek to dziewczynka, która mieszka w Starym Knedelkowie przy ulicy Naleśnikowej 5. Ulica ta, jak wszystkie ulice na świecie, ma swój początek i koniec. Czasami jest smaczna, innym razem – zimna, ciepła, smutna, gorąca, wesoła lub tajemnicza. Tak nazywała się także ulica, którą wydeptałyśmy z moją siostrą Małgosią przez poletko łączące dom babci Cecylii z domem babci Marysi i dziadka Ignacego. Zimą przy tej ulicy stało igloo, a latem widać było domek pani Kluszczonki. Czasami pojawiały się siostry Bett, które rozwiązywały zagadki kryminalne, innym razem – czarownice gryzące ludzi w pięty. Ale najczęściej spotykało się tam Cecylkę. Przybiegała ona na naszą ulicę, kiedy działo się przy niej coś ciekawego. Pierwszy raz opowiedziała mi o niej babcia Cecylia. Siedziałyśmy wtedy w fotelu, a piec kaflowy ogrzewał nasze stopy, ukryte w wełnianych skarpetach. Po wielu, wielu latach, gdy przyszłam z biblioteki z kilkoma książkami pod pachą, podeszła do mnie babcia i szepnęła mi do ucha: – Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła wypożyczyć z biblioteki książkę mojej wnuczki. Może o Cecylce? – dodała i bardzo mocno mnie przytuliła. Mam nadzieję, że w niebie są biblioteki.


BI: Podobno to właśnie babcia Cecylia podarowała Pani zeszyt, w którym powstała Pani pierwsza bajka.

JK: Byłam siedmiolatką. Po wielu trudach nauczyłam się pisać i czytać. Pewnego letniego dnia wyszłyśmy z babcią Cecylią do ogrodu, w którym w wielkim garnku studził się kompot rabarbarowy. Babcia usiadła na kocu pod starą jabłonką i zaczęła czytać książkę. Raz zamieniało ją to w wulkan radości, a raz w fontannę łez. A ja leżałam na ławce i pisałam w zeszycie z szaro-błękitną okładką swoją pierwszą bajkę. „Dawno, dawno temu…” – tak się zaczynała. A kończyła się: „Koniec bajki!”.
Ta książka była zresztą ostatnią (przynajmniej do tej pory), którą udało mi się napisać tak szybko. Opowiadałam w niej o kryształowym królestwie, zamieszkanym przez maleńkie ludki. Piły one rosę i jadły suszone mszyce. Gotową książkę położyłam na ławce. Poszłyśmy z babcią na obiad (ziemniaki polane masłem i posypane koperkiem, jajko sadzone, mizeria i kompot z rabarbaru). Kiedy z pełnymi brzuchami wróciłyśmy do ogrodu, babci książka nadal leżała na kocu, a moja zniknęła. Na nic zdały się poszukiwania i lamenty. Zeszyt ulotnił się jak kamfora. Po kilku dniach zupełnie o nim zapomniałam.
Minęło jedenaście lat. Siedmiolatka stała się osiemnastolatką i podczas przyjęcia urodzinowego otrzymała cudowny prezent – książkę o kryształowym królestwie. – Będziesz pisać książki dla dzieci – powiedziała babcia. Złożyła mi życzenia urodzinowe i przyznała się, że jedenaście lat wcześniej była ławkowym złodziejaszkiem. Nie wierzyłam jej ani ciut, ciut.

BI: Z czym jeszcze kojarzy się Pani babcia Cecylia? Którą ze swoich książek najchętniej by jej Pani zadedykowała?

JK: Moim babciom, Cecylii i Marysi, ofiarowuję wszystko, co napisałam, bo to dzięki nim dostrzegam mrówkę wspinającą się po słomce i liście, które utknęły między murem a rynną. I wiem, jak smakuje grzanka z pszennego chleba z masłem, truskawkami i kapką miodu. Babci Marysi zawdzięczam miłość do poranków, ziołowej herbaty i kaszy manny ugotowanej na mleku, którą nazywałyśmy gęsią skórką. Babci Cecylii dziękuję za to, że stałam się molem książkowym. Odziedziczyłam po niej też odwagę przechodzenia przez świat zapachów, smaków, kolorów i dźwięków.

BI: Czy ktoś jeszcze miał – choćby pośredni – wpływ na to, że została Pani pisarką?

JK: Rodzice. To Mama i Tatko opowiadali mnie i mojemu rodzeństwu, a teraz swoim wnuczkom i wnukom, o wszystkim, co na świecie piszczy, gra i mówi. Uwielbiam patrzeć na Tatę, gdy czyta gazetę, planuje na papierze remont domu lub zmiany w ogrodzie. I na Mamę, kiedy podaje na stół potrawy wyczarowane w kuchni albo pomaga ludziom. Uwielbiam też słuchać jej opowiadań.

BI: Obecnie należy Pani do najbardziej znanych i rozchwytywanych autorek książek dla dzieci w Polsce – kilka wydawnictw równocześnie publikuje kolejne serie Pani książek. Czy przed laty, gdy Pani debiutowała, Strych, czyli królestwo kurzu łatwo znalazł wydawcę?

JK: Znalazł. Strych, czyli królestwo kurzu był jednym z rozdziałów elementarza Stokrotkowe podwórko dla pierwszaków.

BI: Jakie emocje towarzyszyły ukazaniu się Pani debiutanckiej książki?

JK: Żadne.

BI: Czy marzenie o poletku truskawek pozostaje aktualne? A może już zostało zrealizowane?

JK: W parapetowym ogrodzie urządzonym w starej kamienicy mam namiastkę poletka. W kilku glinianych donicach rosną tam truskawki (które teraz śpią, oczekując wiosny), oregano, rozmaryn, pietruszka, kolendra, mięta, melisa, bazylia i kilka rodzajów sałat. A miejsce na poletko truskawek, grządki koperku, uprawę bobu oraz rozpięcie hamaka między jabłonkami już znalazłam.

BI: Czy jest miejsce, które szczególnie chciałaby Pani odwiedzić?

JK: O jakichś wyjątkowych miejscach na naszej planecie nie marzę. Bo gdy zapragnę takie miejsce zobaczyć, to wsiądę do pociągu albo samochodu, wskoczę na rower, statek lub do samolotu i tam dojadę, dopłynę bądź dolecę. Ale gdybym mogła, bardzo chętnie napiłabym się herbaty w jednej z dziewiętnastowiecznych francuskich kawiarni i zajrzałabym do krainy Muminków.

BI: Dlaczego nie można zobaczyć Pani w telewizji?

JK: Nie czułabym się tam dobrze. Wolę miejsca, w których czuję się jak rybka w wodzie. Może kiedyś się przekonam do występów w telewizji – tak jak kilka lat temu do jedzenia ananasów.

BI: Jak udaje się Pani pisać tak wiele? Czy obok Pani domu stoją bezdenna studnia pomysłów
i wydłużacz czasu?

JK: Pracuję jak sześć mrówek i sześć pszczół razem wziętych. I to tych najbardziej pracowitych. Pomysłów mam więcej, niż jest maku w makowcu. Czasami żałuję, że nie jestem ośmiornicą. Mogłabym robić kilka (a może nawet kilkanaście) rzeczy jednocześnie. Wydłużacz czasu… stoi w moim pokoju. W miejscu, w którym w innych domach są telewizory.

BI: Pisanie to tylko jedna z bardzo wielu Pani pasji. Porozmawiajmy o kolejnej, kulinarnej. Czy na co dzień jada Pani tak apetyczne i pomysłowe kanapki jak te z kanapy?

JK: Przygotowywanie jedzenia nie jest moją pasją. Ale bardzo lubię, gdy owsianka staje się piegowata po posypaniu borówkami. Kotlety z soczewicy i marchewek doskonale smakują z selerową rybką. A babeczka czekoladowa z chmurką z listka mięty i mrówkami z czarnych porzeczek nie tylko pięknie wygląda, lecz także smakuje tak, że po jej zjedzeniu można powiedzieć tylko: – Niebo w gębie!

BI: Skąd biorą się przepisy w książkach Cecylki i Lamelii? Czy to Pani własne pomysły?

JK: Wszystkie przepisy są moje lub członków mojej rodziny. Smaczne i pachnące pomysły same wskakują do mojej głowy. Najczęściej pojawiają się wtedy, kiedy nie jestem gotowa, by natychmiast je zrealizować lub choćby zapisać. Niektóre znikają na zawsze, a inne powracają. Na przykład kruche słodkie kwiatki z konfiturą morelową wymyśliłam podczas wyrywania chwastów, które rozpychały się w ogrodzie, a słodkie, słone, gorzkie i kwaśne litery – kiedy uczyłam dzieci alfabetu.

BI: Co to jest Mały Wolontariat Cecylki Knedelek?

JK: To program edukacyjny realizowany w szkołach, przedszkolach, świetlicach, domach kultury… To przestrzeń, w której spotykają się dzieci i dorośli, ich radości, smutki, troski, marzenia i plany. To próba przekazania, jak słuchać, patrzeć, przeżywać, działać i troszczyć się o innych. A także zachęta do budowy Planety Pomocy, złożonej z czerwonych, zielonych, niebieskich, pomarańczowych, czarnych, żółtych, różowych, białych i brązowych poletek.

BI: Ile trzeba mieć lat, by zostać małym wolontariuszem?

JK: Każdy może robić dobre uczynki. Musi tylko chcieć. Adresatami projektu Mały Wolontariat są mali i duzi mieszkańcy wsi, miasteczek i miast.

BI: Co należy zrobić, by dołączyć do Małego Wolontariatu?

JK: Trzeba po prostu chcieć pomagać. Cecylka Knedelek twierdzi, że gdy robi coś dobrego, czuje się tak, jakby jadła ciasteczko z leśnymi poziomkami. O projekcie można poczytać na stronie: www.po-mocni.pl.

BI: Skąd wziął się pomysł na serię książek o Lamelii Szczęśliwej?

JK: Nie pamiętam. Ale bardzo się cieszę, że się pojawił. Bardzo lubię zamieniać się w Lamelię i brnąć z dziećmi przez świat gramatyki, poskramiać ortograficzne byki i jeść tabliczki czekolady podczas nauki tabliczki mnożenia. Lamelia Szczęśliwa to bardzo szczęśliwa kobieta. Jest emerytką, miłośniczką ortografii, gramatyki, zdrowej kuchni, gałgankowych lalek i książek. Uwielbia wszystkich pouczać i gotować, ale tylko dwa razy w tygodniu.

BI: Jak można rozmawiać z dziećmi o ważnych sprawach?

JK: Tak samo jak o poziomkach, deszczu, fryzurach, makaronie i myszach, którym bardziej smakuje ser pleśniowy niż żółty.

BI: Kiedyś pracowała Pani w szkole. Czy była Pani surową nauczycielką?

JK: Nie.

BI: Czy swoim uczniom opowiadała Pani bajki? Na przykład podczas lekcji matematyki?

JK: Tak. Bardzo często. Także podczas przerwy śniadaniowej. Dzieci jadły kanapki z czymś słodkim lub słonym i popijały herbatę, a ja opowiadałam im prawdziwe historie z życia mojej rodziny, a także stare i nowe bajki. Podczas bajkowania musiałam czasami zawieszać głos, by milczeniem przypomnieć dzieciom o konieczności odgryzania, przeżuwania i połykania. Kiedy pewnego grudniowego dnia opowiadałam o dziewczynce, która bardzo chciała mieć choinkę, przerwa śniadaniowa trwała do obiadu. Zakończyła ją dopiero pani kucharka, która weszła do sali i spytała: – Czy dzieci dzisiaj nie jedzą ogórkowej?

BI: Lamelka i jej krewni zdradzają nam kilkanaście sposobów na nudę. A kiedy Pani ostatnio się nudziła?

JK: Nie pamiętam, czy kiedykolwiek się nudziłam. Ale gdyby kiedyś do tego doszło, to przypomnę sobie, co mama, dziadek, babcia i tata Lamelki powiedzieli, kiedy dziewczynka bardzo, bardzo się nudziła. – Lamelko, na nudę najlepsze są stare gazety.
Podobnie jak Lamelka, nie nudzę się, kiedy podwórko jest przykryte śniegową poduchą, bo wtedy albo lepię bałwana, który stoi na głowie i ma nos z marchewki, albo robię anioła ze śniegu. Nie nudzę się także, gdy jest bardzo gorąco, bo wtedy kąpię się w podwórkowej wannie lub robię słomkociąg ze słomek i piję kompot z rabarbaru. Nie nudzę się też, kiedy kicham, kaszlę i boli mnie brzuch, bo robię wtedy na szydełku bardzo, bardzo długi łańcuch z włóczki. Nie nudzę się, gdy ktoś opowiada o czymś, co mnie zupełnie nie interesuje, bo wyobrażam sobie wtedy, że ma on zielone włosy i bardzo, bardzo długi nos, na którym siedzą ptaszki z czerwonym brzuszkami, albo maluję kolorowymi pisakami kwiatki na kartce. Nie nudzę się, kiedy czekam na Świętego Mikołaja. Przygotowuję dla niego prezent lub zaglądam do wszystkich szaf z nadzieją, że uda mi się znaleźć upominki, które schowali w nich jego pomocnicy. Nie nudzę się, gdy czekam na wielkanocnego zajączka. Ozdabiam wtedy kurze i kacze jajka wszystkim, co mam pod ręką, a przepiórcze farbuję w łupinkach czerwonej cebuli. I sieję rzeżuchę wszędzie, gdzie tylko się da.

BI: Która z Pani książek powstawała najdłużej?

JK: Powstawała i nadal powstaje. To książka o Joasi Naparstek, najlepszej przyjaciółce Cecylki Knedelek. Dziewczynka jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zamienia się w mistrzynię igiełki i naparstka. Jej pokój przypomina pracownię krawiecką. Joasia chomikuje w nim wszystko, co może się przydać małej krawcowej do uszycia miękkich zabawek, sukienek dla lalek i gałgankowych zwierzątek: igły, nitki, włóczki, koraliki, agrafki, sznurki i kolorowe łatki. Potrafi uszyć lalkę, misia w kratkę, kieszonki na kredki, pokrowce na sztućce, ocieplacze na wielkanocne jajka, miękkie choinki i koty z bardzo długimi wąsami.

BI: Czy fotografie, które podziwiamy w książkach, przedstawiają Pani wypieki?

JK: Tak.

BI: Skąd pomysł, by liter i czytania uczyła dzieci… kura? Czy to jakieś nawiązanie do związku frazeologicznego pisać jak kura pazurem?

JK: Kura Adela, właścicielka rudych piór, kocha bazgrołki i gryzmołki, lubi też pisać wielkie i małe litery. Bardzo często ozdabia je zawijaskami i kwiatuszkami. I choć potrafi pisać tak, jakby wygrała konkurs na najładniejsze pismo, czasami zdarza się jej, jak wszystkim dzieciom i kurom na świecie, gryzmolić jak kura pazurem. Pewnego dnia wysłała ciotce Anieli przepis na babeczki. Niestety, litery na kartce były koślawe, bez kropek, kresek i ogonków, a niektórych w ogóle zabrakło. Zamiast czytać, ciocia domyślała się, co też jej siostrzenica napisała. Ale chyba nie udało jej się odszyfrować wszystkich wyrazów, bo babeczki były twarde jak kamienie, a zamiast rodzynek miały robaczki. Dlatego któż jeśli nie kura wie, jak trudno napisać kilka wyrazów, by zewsząd było słychać „ochy” i „achy”. Największym marzeniem kury Adeli jest to, by ludzie wrócili do odręcznego pisania listów.

BI: Gąska Walerka mieszka razem z Cecylką. Kura Adela ma własny dom. A czy w Pani domu można spotkać jakieś zwierzaki?

JK: W moim domu mieszkają gąska Walerka, kura Adela, krewetka – panna Flu, kotka Bazylia i kot Tymianek oraz kot Papla. Latem odwiedzają nas motyle, biedronki, trzmiele, pszczoły, pająki i nie zawsze mile widziane muchy.

 

BI: Co najbardziej ceni Pani w ilustracjach Zenona Wiewiurki?

JK: Cenię je, ponieważ są odzwierciedleniem tego, co rodzi się w mojej wyobraźni.
Uwielbiam ich szczegóły (krasnoludki schowane za babeczkami z wisienkami, śmieszne tytuły na okładkach książek w bibliotece pana Apli, spinki Cecylki, chustki gąski Walerki, myszkę, o którą prosiła Lamelka, Ymelkę, mieszkankę kapusty, minę Alicji Nasturcji…).
Lubię je za kolor, plamę i za to, że są zaproszeniem, by wejść do narysowanej kuchni Cecylki, domu przy ulicy Krzywej 13 lub pachnącej biblioteki Emiliana Apli i napić się tam gorącej czekolady z chmurką bitej śmietany, dowiedzieć się, czy gąska poszła do szkoły, zajrzeć do dziadka, który mieszka w sadzie cytrynowym, porozmawiać z Klarą i wujkiem Kornelem o zaśmiecaniu języka i ikaptach…
Kocham je za to, że choć nie podpowiadam ilustratorowi, jak ma wyglądać dana postać, bardzo często wygląda ona identycznie jak ta mieszkająca w mojej głowie.
Nie lubię tylko tego, że nie potrafię (choć podejmowałam sporo prób) narysować takiej Cecylki czy Lamelii, jakie wyfruwają spod ręki pana Wiewiurki.

BI: Czym obecnie pachnie Pani domowa biblioteczka? I co najchętniej czytała Pani w dzieciństwie?

JK: Moją ukochaną książką z dzieciństwa jest bajka o huśtających się żabach. Niestety, nie znam ani jej autora, ani ilustratora. Poszukuję tej książki już od wielu lat. Bardzo lubiłam też rosyjskie bajki.
Moja biblioteczka pachnie teraz cytrynami, których orzeźwiający zapach próbują zakłócić guma balonowa i mięta. A kuchnię wypełnia woń ciasta dyniowo-daktylowego. Dlatego kończę wywiad i biegnę do mojej szarej jak mysi ogonek kuchni, by wyjąć je z piekarnika. Łakomczuch już się oblizuje.
BI: Dziękuję!

Opinie

Na razie nie ma opinii o książce.

Napisz pierwszą opinię o “Joanna Krzyżanek”

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *